Tam, gdzie kawa jest religią

… czyli o regionie Eje Cafetero

Jeśli Kolumbia nadal kojarzy Ci się głównie z kokainą, wyłącz Netfliksa i wybierz się do Eje Cafetero. Zaraz powiem Ci, jak to zrobić i gdzie szukać, żeby odnaleźć Kolumbię pachnącą kawą, zachwycającą swą przyrodą i rozbrzmiewającą gwarem kolorowych miasteczek.

Kolumbia jest drugim największym producentem i eksporterem kawy na świecie, zaraz po Brazylii. Króluje, jeśli chodzi o gatunek Arabica – ponoć najlepszy. W Polsce nie wiedzieć czemu kawa kolumbijska pozostaje nieodkryta, choć moim nieskromnym zdaniem bije na głowę brazylijską i etiopską. Ma czysty głęboki aromat, bez goryczy i bez kwaskowatego posmaku, którego w kawie nie znoszę.

Co więcej, Kolumbia w przeciwieństwie do np. Indonezji, nie tylko kawę eksportuje, ale również konsumuje*. Nie zawsze tak było. Tutejszy sposób serwowania – tinto – wziął swoją nazwę od hiszpańskiego słowa tinta, oznaczającego atrament. Czarna jak atrament zawiesina robiona była z najgorszych ziaren, nienadających się do eksportu.

IMG_20200209_113013
Tak wygląda kawa, gdy sobie jeszcze rośnie na krzaczku

Na szczęście sporo się pozmieniało i choć nadal większość Kolumbijczyków pije tinto, a nie np. włoskie cappuccino, nazwa ta nie jest już tożsama z kawą złej jakości. Tinto dziś to po prostu klasyczna czarna kawa, coś między americano a espresso, parzona w sposób podobny do naszej „zalewajki”, ale z użyciem materiałowego wielorazowego filtra. Występuje też w przepysznej wersji tinto campesino z odrobiną cukru trzcinowego i cynamonu.

Czasem mówi się, że w Ameryce Południowej futbol jest religią i Kolumbia nie jest tu wyjątkiem. Jednak w tym regionie nie można się oprzeć wrażeniu, że boską czcią otacza się również kawę. Kultura picia kawy jest mocno rozwinięta w całym kraju i każda prowincja produkuje swoją własną odmianę, ale nie ma lepszego miejsca na rozsmakowanie się w niej niż Eje Cafetero. Tu znajduje się większość plantacji i tutaj można zarówno podpatrzeć, jak powstaje ten napój bogów, jak i poodkrywać niezliczone knajpki serwujące go na milion sposobów

IMG_20200206_151945
Matka Boska Kawowa
Miasteczka w górach, miasta w chmurach

Najlepszy sposób na eksplorację Eje Cafetero to road trip – po prostu wypożyczyć auto i zagłębić się w spirale krętych górskich tras. Najlepiej, żeby to był przynajmniej SUV, bo jakość niektórych dróg pozostawia wiele do życzenia.

Główne ośrodki regionu to Manizales, Pereira i Armenia, niekiedy włącza się do tego grona również Ibague. Z nich wszystkich najbardziej urzekło mnie Manizales, które lekką ręką dopisuję do krótkiej listy miejsc, w których mogłabym zamieszkać od zaraz. Jak na kolumbijskie warunki, to miasto średniej wielkości, około 500 tysięcy mieszkańców, jedno z najbogatszych miast w kraju, oferujące wysoki poziom jakości życia i edukacji. Położone w samym centrum trójkąta stworzonego przez największe metropolie: Bogotę, Medellin i Cali, ma wszędzie blisko, ale żyje swoim własnym rytmem.

IMG_20200206_124729
Widok na Manizales z katedralnej wieży

Miasta w górach mają jakiś nieodparty urok, nawet jeśli ciężko się w nich prowadzi auto, nie mówiąc nawet o pieszej eksploracji. Na szczęście lokalne władze częściowo rozwiązały ten problem, uruchamiając charakterystyczny środek transportu publicznego przypominający naszą kolejkę na Kasprowy (podobny jest też np. w Medellin). Chyba jestem uczulona na płaskość terenu, bo jakoś tak robi mi się przyjemnie na serduszku, gdy widzę te strome ulice i domy uczepione górskiego zbocza.

Najlepszy widok na Manizales? Ze szczytu katedralnej wieży, na który prowadzi tzw. Corredor Polaco – Korytarz Polski. Pisałam już o nim i na Facebooku i na Instagramie, więc jeśli jeszcze nie wiecie, skąd nazwa – odsyłam właśnie tam 😉 Widok na góry? Z punktów widokowych w dzielnicy Chipre. Znajdziecie tam np. restaurację na wieży, ale też przyjemną promenadę, z której można obserwować zachód słońca, zajadając się przekąskami z food trucków. Przy okazji warto zajrzeć do Muzeum Kawy, przy Pomniku Kolonizatorów, który jest kolejną atrakcją miasta. Niezwykle ekspresyjny, pokazuje trud ludzi (i zwierząt), którzy w XIX wieku przedzierali się przez góry, aby przybyć w te rejony i je zasiedlić.

IMG_20200206_154756
Budka z przekąskami i napojami na punkcie widokowym w dzielnicy Chipre
IMG_20200206_150854
Pomnik Kolonizatorów

Eje Cafetero to jednak przede wszystkim małe miasteczka, malownicze pueblita, które przyciągają turystów z całego świata, wciąż chyba w mniejszej ilości niż na to zasługują – może to i lepiej? Najpopularniejsze jest Salento, słynące z kolonialnej architektury i wielokolorowych, wręcz kiczowatych fasad budynków. Cieszy oko, jednak wygląda nieco sztucznie, nie można się oprzeć wrażeniu, że nikt w tych domach nie mieszka, wszystkie zostały przerobione na hostele, knajpki i sklepy z pamiątkami. Tutaj też spotkamy wielu gringos, czyli białych, a nawet znajdziemy szkołę hiszpańskiego dla cudzoziemców!

Sławę zyskuje też Filandia (nie Finlandia), równie kolorowa, jeszcze nieco mniej turystyczna – mi osobiście przypadła dużo bardziej do gustu. Niestety pogoda nam nie sprzyjała, bo zwiedzaliśmy ją w ulewnym deszczu. Ale to właśnie w Filandii, a nie w Salento, odnajdziemy prawdziwe skrawki małomiasteczkowego kolumbijskiego życia codziennego. By poczuć klimat, wystarczy wejść do dowolnego lokalnego sklepiku, łączącego monopolowy, knajpę, salon gier i miejsce spotkań.

IMG_20200208_131823
Fasada domu w Salento
IMG_20200208_144317
Inna fasada w Salento
IMG_20200208_172609
A tu już Filandia
Termy i wulkany

Nieco większa i bardziej cywilizowana Santa Rosa de Cabal to kolejne pueblo, warte odwiedzenia na dzień czy dwa, chociażby z uwagi na niesamowite Termy, połączone z naturalnymi wodospadami. To jedno z tych miejsc, które nie może wyjść źle na zdjęciu, ale w realu również nie rozczarowuje 😉 Termy z cudownie gorącą i nasyconą minerałami wodą znajdziemy zresztą też w okolicach Manizales. Wszystko dzięki bliskości wulkanów, należących do Parku Narodowego Los Nevados w Andach Wschodnich.

IMG_20200205_154224
Termy pod Manizales

Nevados, czyli ośnieżone szczyty – są trzy w tym regionie, choć ich śnieżna pokrywa zmniejsza się z każdym rokiem. Kto nie wierzy w zmiany klimatyczne, niech porozmawia z pracownikami Parku, którzy są załamani – to z tych gór czerpie się wodę dla ponad połowy populacji Eje Cafetero.

Wybraliśmy się na wycieczkę na jeden z wulkanów, Nevado Del Ruiz, wysoki na ponad 5300 m, dobrze znany w Kolumbii m.in. z uwagi na tragedię, jaką spowodował jego wybuch w 1985 roku. Szereg miast i miasteczek ucierpiał, w tym słynne Armero, które zostało dosłownie zmiecione z powierzchni ziemi (dziś można zwiedzać jego ruiny).

DSC_0027
Wulkan Nevado del Ruiz (5311 m n.p.m.)

Niestety dla turystów, na Nevado Del Ruiz od dziesięciu lat nie można się wspinać z uwagi na jego aktywność. Dozwolone są wycieczki z przewodnikiem, przy czym przemieszczamy się wówczas jeepem i wysiadamy jedynie na krótkie spacery w poszczególnych miejscach parku, obserwując jak zielone pejzaże strefy Paramo ustępują iście księżycowym krajobrazom. Najwyższy punkt, do którego można się dostać w tym momencie to tzw. Valle de las Tumbas, Dolina Grobów, na 4450 m n.p.m. To wystarczy, by brakło tchu w klatce piersiowej Europejce nieprzyzwyczajonej do takich wysokości. Na chorobę wysokościową stosuje się tu patent dobrze znany w Peru – herbatkę z liści koki.

DSC_0063
Takim autem się jeździ po wukanie
IMG_20200205_113743
Dolina Grobów (4450 m n.p.m.)

Można się wybrać na trekking na inne Nevados, przy czym również jedynie z przewodnikiem i tylko w przypadku Nevado de Santa Isabel dozwolone jest wejście na szczyt, do strefy śniegu. Tak restrykcyjne podejście do turystyki w parku narodowym może być frustrujące dla amatorów przygód, ale nie da się ukryć, że przyroda na tym zyskuje. W przeciwieństwie do gór w Polsce czy Azji, nie znajdziemy tu prawie w ogóle śmieci na szlakach.

Kto zaś jest fanem aktywnego wypoczynku, ale nie znosi aż tak ekstremalnych wysokości, może spróbować pieszej wycieczki po Dolinie Cocora (Valle de Cocora) nieopodal Salento. Zielone wzgórza, pokryte charakterystycznymi wysokimi palmami składają się na bardzo przyjemne dla oka krajobrazy. Tras jest zaś wiele, od kilkunastominutowych po sześciogodzinne. A w przydrożnych stoiskach można – a jakże – napić się pysznej kawy!

DSC_0109
Dolina Cocora i jej smukłe palmy
***

Eje Cafetero ma wszystko to, co w Kolumbii najlepsze: kawę, niesamowitą przyrodę, malownicze miasteczka, no i góry. Jeśli komuś brakuje plaż i oceanu, mam dobrą wiadomość – na Karaiby przeniesiemy się już niebawem!

IMG_20200208_122137
Komu tinto, komu?
KĄCIK PRAKTYCZNY

Kiedy: Kolumbia leży stosunkowo blisko równika, więc w przeciwieństwie do np. Argentyny czy Brazylii nie ma tutaj pór roku. W regionie Eje Cafetero najbardziej deszczowe są miesiące: kwiecień, maj, wrzesień, październik i listopad, ich więc najlepiej unikać.

Wiza i waluta: Wizę turystyczną dostaje się na lotnisku – Polscy turyści mogą przebywać z nią w Kolumbii przez 90 dni i istnieje opcja jej przedłużenia w ambasadzie na kolejne 90 dni. Walutą jest kolumbijskie pesos (COP); 1 PLN = ok. 870 COP

Dojazd i transport: Najtańsze loty z Europy są zwykle do Bogoty, tam najlepiej wypożyczyć auto i wybrać się na road trip. Są też autobusy, które jeżdżą do regionu Cafetero np. z Bogoty, Medellin i Cali, ale trzeba być przygotowanym na wielogodzinne połączenia, opóźnienia i niewygody.

Noclegi: W każdym z miast i miasteczek Eje Cafetero znajdziemy bogatą ofertę hotelowo-hostelową. Osobiście polecam noclegi w tzw. fincach, czyli willach położonych poza miastami, przy czym dojazd do nich bywa utrudniony, więc konieczne będzie auto lub taksówka. Z hoteli, w których my spaliśmy, najbardziej zachwycił mnie ten pod Manizales: Eco Lodge La Juanita (nie jest to płatna reklama ani nawet link afiliacyjny, polecam sama z siebie 😉).

Wege jedzenie: Ten region (zwłaszcza Santa Rosa de Cabal) słynie z kiełbas chorizo, więc marna gratka dla roślinożerców. Wege i wega knajpki znajdziemy w Manizales, Armenii i Pereirze, natomiast w mniejszych miasteczkach najlepiej prosić po prostu o pominięcie mięsa w tzw. daniu dnia, ew. zastąpienie jajkiem w przypadku wegetarian. Porcje są tu solidne i mają wiele składników, więc nawet takim „wybrakowanym” daniem można się najeść – tradycyjnie zawiera ono ryż, fasolę lub cieciorkę, sałatkę i smażonego platana lub ziemniaki. Zupy niestety zwykle są robione na mięsie, chyba że jest to tzw. crema  – zupa-krem.

TOP 3 miejsca w Eje Cafetero: moim zdaniem nie do pominięcia są: 1) Nevado del Ruiz; 2) Filandia (lub ew. Salento); 3) Termy w Santa Rosa de Cabal

Rozrywka: Ze wspomnianych miast najbardziej imprezowa jest Pereira, ma wręcz reputację „miasta grzechu” 😉 Nie ukrywam jednak, że najlepsze imprezy są na Karaibach, w tym regionie mamy inne priorytety!

IMG_20200205_101048
Życie na krawędzi w Parku Los Nevados
IMG_20200208_160441
Owocowy raj
IMG_20200207_105558
Wodospady i termy w jednym – Santa Rosa de Cabal

 

*Nie, kopi susu to nie jest kawa. Napoje instant trudno uznać za prawdziwą kawę, a takowe dominują w Indonezji.

3 uwagi do wpisu “Tam, gdzie kawa jest religią

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s