Od Wikingów do hygge

Dania, najmniejsze i najbardziej niepozorne z państw skandynawskich. Do niedawna niekojarzące się przeciętnemu Polakowi absolutnie z niczym… aż do czasu, gdy dotarła do nas gorączka hygge. I oto nagle każdy chce nosić wełniane skarpety, jeździć na rowerze do pracy i palić dziesiątki świeczek w domu. Czy Dania to rzeczywiście raj na Ziemi? Czy Kopenhaga jest hyggelig? I jacy naprawdę są Duńczycy?

Od półtora roku mam przynajmniej jeden bardzo dobry powód, by odwiedzać Danię, więc robię to dość regularnie. Za każdym razem wracam z mieszanymi uczuciami, mocno zdziwiona (zwłaszcza stanem portfela po takiej wycieczce). Chciałam powiedzieć Wam o Danii, którą poznałam – będzie to opowieść subiektywna, oparta na prywatnych doświadczeniach, kilku średniej jakości lekturach (tak, tak, bez Meika Wikinga się nie obyło) i relacjach mojego partnera, dla którego Dania stała się chwilowym domem (wspominałam przecież, że mam NAPRAWDĘ dobry powód).

Czuli barbarzyńcy

Oglądacie serial „Wikingowie”, a może jeszcze przypadkiem podobał Wam się? Lepiej nie przyznawajcie się do tego duńskim znajomym. Prawdopodobnie nienawidzą tej produkcji równie zawzięcie, co Kolumbijczycy „Narcosów”.

Duńczycy są narodem bezpośrednio wywodzącym swoje pochodzenie od Wikingów (którzy zresztą byli nazywani  śród Anglosasów właśnie Danes). W związku z tym reagują dość alergicznie na wszelkie ubarwienia dotyczące historii Normanów, zwłaszcza popkulturowe obrazy przedstawiające ich pradziadów jako okrutnych barbarzyńców żyjących wedle zasady „grabić, palić, mordować”. W dodatku wspomniany serial był w dużej mierze kręcony w Norwegii, no doprawdy, co za zniewaga!

RTS_Roskilde3
Roskilde, Muzeum Wikingów

Fascynatom wikińskich klimatów zdecydowanie polecam Roskilde – średniej wielkości miejscowość położoną 30 km od Kopenhagi. To jedno z najstarszych miast w Danii, które odgrywało ważną rolę w czasach nordyckich wypraw – jako port i centrum handlu. W późniejszych, już chrześcijańskich czasach, Roskilde zostało miejscem pochówku duńskich królów, przez kilka wieków pełniło też funkcję stolicy. Warto odwiedzić tutejszą katedrę (nie tylko z uwagi na królewskie groby), a także Muzeum Wikingów, zwłaszcza latem, gdy wodowane są wikińskie statki. Wizyta w muzeum-skansenie daje ciekawy wgląd w tę część skandynawskiej kultury.

Duńczycy przekonują, że Wikingowie nie byli bardziej brutalni od innych współczesnych im ludów, że zajmowali się „nie tylko” grabieżami, ale także rolnictwem i hodowlą, a przede wszystkim handlem. I że czerpanie z ich dziedzictwa wcale nie kłóci się aż tak mocno z współczesną duńską łagodnością, umiłowaniem spokoju i szukaniem komfortu przy rozpalonym kominku.

Komuna czy community?

Skandynawia bywa przedstawiana dziś w mediach jako kraina „lewactwa” (tak, też niesamowicie bawi mnie to słowo). Niewątpliwie pozbawieni postsowieckiego dziedzictwa Duńczycy inaczej patrzą na lewicowe idee. Stąd na uniwersytetach zupełnie otwarcie dyskutuje się o pracach Marksa i Engelsa. Stąd też ów słynny „socjal”, po który ciągną imigranci z całego świata, zresztą z Polski również. I ultrawysokie podatki, które w pewnym sensie zrównują społeczeństwo do dobrze prosperującej klasy średniej. Trudno wpaść tutaj w ubóstwo, ale równie trudno wybić się ponad przeciętność i zostać milionerem. Jak mówią statystyki, w takim właśnie systemie Duńczycy czują się najlepiej – wszak ten naród wygrywa we wszelkich rankingach szczęśliwości

Społeczność jest ważna. Dla dobra ogółu warto czasem poświęcić indywidualne cele. W Danii wyjątkowo dynamicznie rozwija się sektor inicjatyw społecznych i znaczna część absolwentów marzy właśnie o pracy w NGO-sach (które w Polsce kojarzą się głównie z wolontariatem). Nie umarły tam też jeszcze całkiem hippisowskie idee. Kto nie wierzy, niech odwiedzi Christianię – unikalną dzielnicę Kopenhagi, nazywaną również Wolnym Miastem.

Wspólnota założona w latach 70. przez dzieci-kwiaty w ruinach koszar wojskowych zawsze rządziła się własnymi prawami. Po wielu perturbacjach nadal zachowała niezależność – Christiania słynie jako miejsce, gdzie policja nie ma wstępu i gdzie można palić trawkę na ulicy. W pewnym burzliwym okresie hippisowskie osiedle stało się ośrodkiem środowisk przestępczych. Aby załagodzić sytuację i zachować autonomię, powstał niepisany kodeks dzielnicy. Zakaz twardych narkotyków, zakaz samochodów, zakaz robienia zdjęć, zakaz biegania (biegają złodzieje). I choć spopularyzowanie Christianii wśród turystów sprawiło, że dziś to miejsce bardziej hipsterskie niż alternatywne, wielu mieszkańców wciąż żyje w swego rodzaju squatach i jest solą w oku bardziej konserwatywnych polityków, nawołujących do „normalizacji” miasta.

Christ4
Typowa knajpka w Christianii.

Szczęśliwi introwertycy

Christiania jest dla Duńczyków tym, czym Amsterdam ze swoimi czerwonymi latarniami i coffee shopami dla Holendrów. Stosunkowo spokojne i „grzeczne” społeczeństwa mają swoje miejsca i legalne możliwości, aby zaszaleć. Czasem jednak wydaje się, że z tych niepoprawnych atrakcji najwięcej korzystają turyści przyjeżdżający z dużo bardziej „restrykcyjnych” krajów 😉

Fenomen hygge spopularyzował stereotyp Duńczyka, który Polakom chyba wyda się lekkim nudziarzem, albo przynajmniej nerdem. Introwertyk, nie rozmawia z nieznajomymi, lubi spędzać czas z rodziną lub w małym gronie przyjaciół, gotować, czytać książki przy kominku, ewentualnie przy świeczkach. Wydaje się, że nie jest to obraz aż tak odległy od rzeczywistości. Duńczycy są towarzyscy, ale tylko w obrębie własnych, kameralnych kręgów, które z radością pielęgnują. Nie będą zostawać w pracy po godzinach, bo czas przeznaczony dla rodziny jest święty. Ale też nie uśmiechną się do obcego na ulicy, nie mówiąc nawet o nawiązaniu bliższego kontaktu.

RTS_Dania.jpg
Duńska sielanka – czyli tak to wygląda kilka kilometrów za Kopenhagą.

Dania jest krajem, w którym możesz pić piwo w pociągu, ale nie możesz śpiewać (uliczni grajkowie muszą starać się o specjalne zezwolenia). Krajem, w którym przybyszowi z zewnątrz niezwykle trudno jest się zintegrować z lokalną społecznością, dlatego często pozostaje w imigranckim „getcie”.

Sytuacja, która zrobiła na mnie największe wrażenie w Danii, wydarzyła się w podmiejskim pociągu. Ostatni kurs w sobotni wieczór, przysypiający pasażerowie. W pewnym momencie chłopak siedzący naprzeciwko poprosił, abym obudziła kobietę siedzącą za moimi plecami. Nie wiedziałam, o co chodzi. „Ona tu musi wysiadać” – mówił pasażer z naprzeciwka. Odwróciłam się więc i zaczęłam budzić delikwentkę. Ta wydawała się lekko zdezorientowana, ale wysiadła na stacji w centrum Kopenhagi. Wraz z nią z wagonu wyszedł młody mężczyzna, wcześniej siedzący obok niej. Wtedy zaczęłam coś podejrzewać.

„Tamten chciał ją okraść” – wyjaśnił chłopak, który siedział przede mną i rozpoczął całą scenę. Zamurowało mnie. Wyobraziłam sobie, że jestem świadkiem próby kradzieży. Co robię? Podnoszę raban, krzyczę, próbuję powstrzymać złodzieja, sama jak najszybciej budzę ofiarę. Do głowy by mi nie przyszło prosić innego pasażera, by dyskretnie obudził okradaną kobietę. Wszystko, aby tylko uniknąć skandalu i robienia zamieszania w miejscu publicznym. Pokrętne zachowanie, które mówi o Duńczykach więcej niż setna książka o „filozofii szczęścia”.

Stolica grzanego wina

Dania jest idealnym krajem na zimową wycieczkę, między innymi dlatego, że właściwie przez cały rok ma paskudną pogodę. Lato przy dobrych wiatrach trwa trzy tygodnie, trudno jednak przewidzieć jego nadejście – wywołuje więc ogromny entuzjazm mieszkańców i pustkę w biurowcach (wszyscy biorą urlopy na żądanie, aby nacieszyć się słońcem).

W zimę łatwiej utrafić. I niewątpliwie jest to najbardziej hyggelig pora roku. Kopenhaga jaśnieje tysiącami światełek i pachnie gorącym winem, zwanym glogg, które mnie osobiście smakuje dużo bardziej od naszego Grzańca Zbójeckiego. Może to kwestia przypraw, może atmosfery. Fakt, że Duńczycy jak nikt inny znają się na rozgrzewających trunkach. Oprócz glogga na ulicy można też zakupić np. grzany cydr z rumem albo lumumbę – gorącą czekoladę z odrobiną brandy.

RTS_Tivoli
Ogrody Tivoli pokryte sztucznym śniegiem…

Zima to najlepsza pora roku, by odwiedzić jedną z głównych atrakcji miasta – Ogrody Tivoli. To jeden z najstarszych parków rozrywki na świecie (otwarty w 1843!), iście oldschoolowy lunapark, w którym można poczuć się jak w filmie. Co prawda karuzele i roller-coastery nie dorównują nowszym przybytkom tego typu, ale jeśli chodzi o klimat,  Tivoli jest jedyne w swoim rodzaju. Niestety nie jest to najtańsze miejsce – podstawowy bilet wstępu to koszt rzędu 100 DKK (ok 55 zł) i właściwie nie obejmuje on większości atrakcji (np. wspomnianych kolejek górskich), za które trzeba płacić dodatkowo. Ponieważ Duńczycy uwielbiają Tivoli, wielu z nich decyduje się na tzw. annual pass, który pozwala przyjść na spacer do ogrodów kiedy tylko dusza zapragnie.

Jak więc zwiedzać Kopenhagę i nie zbankrutować? Na szczęście wiele muzeów ma swoje darmowe dni (więcej informacji TU), nie brak też ciekawych miejsc do oglądania „z zewnątrz”, jak np. Nyhavn (kopenhaska starówka) czy ikoniczny pomnik syrenki. Bardzo drogo wychodzi transport publiczny, np. pociągi, więc dużo bardziej opłacalne (i pro-duńskie) może się okazać wynajęcie roweru. Niech nas nie odstrasza chłód czy deszcz, wszak lokalsi jeżdżą rowerem przy niemal każdej pogodzie (śnieżyce i tak rzadko się zdarzają w tym klimacie).

Gdy zgłodniejemy, najtaniej wyjdzie stołować się u przyjezdnych (kuchnia azjatycka czy hinduska) – jeśli chodzi o orientalne smaki, to ceny i wybór bywają lepsze niż w Polsce (niech żyje multi-kulti!). Poza tym lokalna kuchnia w moim odczuciu ma niewiele do zaoferowania – zwłaszcza wegetarianom, ale nie tylko. Jakież było moje zdziwienie, gdy odkryłam, że jedno z flagowych duńskich dań – smørrebrød – to nic innego, jak najzwyklejsza polska kanapka, serwowana w restauracjach za cenę trzech solidnych obiadów!

Samego chodzenia po knajpkach raczej trudno uniknąć, zwłaszcza w zimowe dni. Polecam miejsca, gdzie pali się dużo świeczek (hygge!) i serwowany jest alkohol. Przy nim nawet z Duńczykami da się porozmawiać.

RTS_Dania_jedzenie
Kuchnia oryginalnie duńska vs kuchnia napływowa 😉

 

 

Reklamy

3 uwagi do wpisu “Od Wikingów do hygge

  1. Jeszcze zanim dotara do nas gorączka Hygge myślałam o odwiedzeniu Kopenhagi i całej Danii, to chyba za sprawą pewnej starszej pani, która dawno temu pracowała z moją mamą. To były jeszcze czasy gdy nie śniło się nam o wyjazdach za granice a jednak jej córka jakimś dziwnym zrządzeniem losu zamieszkała w stolicy. pani Irena dużo mi opowiadała o kraju syrenki, tak więc karmiona jako mała dziewczynka tymi opowieściami naprawdę mam swoje oczekiwania, do tego jeszcze Wikingowie – pysznie.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s