Santa Teresa – Rio artystyczne

„Miasto kontrastów” to pojęcie nadużywane. Ale jeśli istnieje jakiekolwiek miejsce na świecie w pełni zasługujące na to miano, jest nim Rio de Janeiro. Oprócz luksusowych pięciogwiazdkowców u brzegów Copacabany i sąsiadujących z nimi złowrogich faweli przytulonych do zboczy gór, Rio kryje w sobie jeszcze jedną niespodziankę. Santa Teresa to dzielnica-dziwoląg. 

Rio nie robi dobrego pierwszego wrażenia. Zwłaszcza jeśli lądujesz tam w sobotni poranek – najgorszą możliwą na zwiedzanie porą. Miasto jeszcze się nie ocknęło po piątkowej imprezie, opustoszałe ulice straszą brudem i śmieciami, ludzie śpią na chodnikach. Zapach całkiem swojski – kojarzy się z Woodstockiem albo z polskim tramwajem w upalny dzień. Gdzie jest to całe cidade maravilhosa?

SONY DSC
„Pijacki” ołtarzyk przy drodze.

Spędzę w Rio jeszcze kilka dni. Zgubię się w mieście, które jest skrzyżowaniem wielkiej metropoliii z egzotyczną wioską. Dodajmy do tego położenie na malowniczych wzgórzach, tropikalne plaże, przygnębiające dzielnice nędzy i niekończącą się imprezę. Dodajmy caipirinhę i świeżą agua de coco popijane przy kiczowatych zachodach słońca, starsze panie tańczące sambę na ulicy i kręcące biodrami w taki sposób, że mi nawet wstyd wychodzić na parkiet. Dodajmy umięśnionych Brazylijczyków i idealne, jak prosto spod ostrza skalpela lalki Barbie grające w siatkówkę na białym piasku Ipanemy. Zaniedbane centrum, promenady pod palmami, turystyczne ikony jak Chrystus ze wzgórza Corcovado. Jest brudno i kolorowo. Tłumy, tłumy, tłumy. I nikt nie mówi po angielsku poza cudzoziemcami.

SONY DSC
Panorama Rio o zmierzchu.

Rio odrzuca, a potem pochłania, wciąga, wsysa z butami. Tu nie ma miejsca na zauroczenie od pierwszego wejrzenia. To miasto można pokochać tylko prowadziwą, głęboką i dojrzałą miłością. Spędziłam w nim kilka dni. Nie zostałam dłużej, bałam się, że się zakocham. I zostanę na zawsze.

Stairways to hell?

Na forach internetowych każdy Wam odradzi nocleg w tej okolicy – mimo że to jedyna położona na wzgórzu dzielnica Rio de Janeiro, która technicznie rzecz biorąc nie jest fawelą. Dzielnica co prawda mocno podejrzana, za to niewątpliwie z duszą i historią. Z paru tysięcy zdjęć, które zrobiłam podczas podróży do Brazylii, prawie połowa to efekt włóczenia się po wąskich i stromych uliczkach Santy Teresy.

Miłośnicy Lizbony dostrzegą kilka punktów stycznych. Niekończące się schody, ciasnota, symbol żółtego tramwaju… Ale zacznijmy od początku.

Historia dzielnicy sięga połowy XVIII wieku, gdy na szczycie wzgórza zbudowano konwent pod wezwaniem właśnie św. Teresy. Jednak jej prawdziwy rozwój to przełom XIX i XX wieku, wtedy połączona została z resztą miasta dzięki a la rzymskiemu akweduktowi. To po nim zaczął jeździć słynny tramwaj bonde. 

Niewątpliwie, w przypadku takiego ukształtowania terenu transport jest rzeczą kluczową. Rozumiem to doskonale, gdy wspinam się po schodach prowadzących do hosteliku (nieistniejący już niestety Bellas Artes)  – liczę w myslach, dokładnie 74 stopnie. Lokalsi wolą korzystać z moto taxi – szczęśliwi posiadacze skuterów i motocykli czekają na klientów co wieczór u stóp wzgórza.

Pamiątką po czasach świetności Santy Teresy są postkolonialne wille – pousady, nieraz bardzo fantazyjne i kiczowate, niektóre otoczone murami, inne doskonale widoczne z daleka. Spacerując między nimi, co i rusz dostrzeżemy znad jednego czy drugiego dachu imponującą panoramę Rio.

Zauważymy też pobliskie slumsy i zdamy sobie sprawę, jak zaniedbane są dziś te dziewiętnastowieczne posiadłości. Upadek dzielnicy był równie dynamiczny co jej rozkwit. Na szczęście, lata 70 XX w. przyniosły jej drugą młodość. Santa Teresa stała się artystycznym centrum miasta, siedliskiem bohemy – dziś powiedzielibyśmy „hipsterów”. Jak grzyby po deszczu wyrosły knajpki, puby, alternatywne galerie sztuki, a wkrótce i backpackerskie hostele. W niektórych willach powstały muzea – dziś zwiedzać można m.in. tzw.  Parque das Ruínas i Museu da Chácara do Céu.

Tęsknota za tramwajem

O co chodzi z tym tramwajem? Bodinho, jak pieszczotliwie ochrzcili go mieszkańcy, to coś więcej niż tylko środek transportu.

Jedna za najstarszych linii tramwajowych na świecie, otwarta w 1877. Oldschoolowy żółty wagonik, jak zabawka, wiecznie zapchany, bez drzwi i okien, do złudzenia przypominał lizbońskie tramwaje przepychające się ciasnymi uliczkami Alfamy. Z jednej strony praktyczny środek transportu, ułatwiający przemieszczanie się po stromizmach Santy Teresy i sąsiedniej Lapy, z drugiej strony niepowtarzalna atrakcja dla mieszkańców jak i turystów. Pasażerowie wiszący na zewnątrz uczepieni tramwaju musieli mieć mocne nerwy, zwłaszcza gdy ten sunął szczytem akweduktu Arcos da Lapa.

SONY DSC
Dzielnica Lapa i akwedukt w tle.

Dlaczego czas przeszły? Otóż w 2011 roku zdarzył się wypadek – bonde wykoleił się na jednym z wąskich podjazdów i poważnie rannych zostało 50 osób. Po tym incydencie zawieszono jego funkcjonowanie, a Santa Teresa pogrążyła się w żałobie. I tak płacze do dziś, mimo że pod koniec ubiegłego roku nareszcie, z dwuletnim opóźnieniem, wznowiono kursy tramwaju – póki co jednak tylko okresowo i na krótkim odcinku. Po stromizmach Teresy szarżują za to dzielnie małe busiki, ale chyba nie trzeba nikomu tłumaczyć, że não é o mesmo – to nie to samo, jak mówią lokalsi. Żółty bonde wciąż jednak mieszka w dzielnicy – można go zobaczyć w sklepach z pamiątkami, na pocztówkach i w graffitti na murach. 

Brazylijska Bohema

Street art jest oczywiście mocną stroną zapuszczonych zaułków, jak na artystyczną dzielnicę przystało. Ktoś w przewodniku porównał ją do Montmartre – mi osobiście skojarzenie z uroczymi ale i wymuskanymi paryskimi uliczkami wydaje się dość odległe.

Santa Teresa jest artystyczna w zwariowanym, latynoskim stylu. Znajdziemy więc Atelier lokalnego twórcy, które swoje instalacje buduje ze złomu i odpadów. Idąc szlakiem zarastających pomału torów dojdziemy do dawnych tramwajowych przystanków przerobionych na fantazyjne dzieła sztuki. Dostrzeżemy kramy uliczne sprzedające klamoty, o których nie śniło się najbardziej wytrwałym zbieraczom antyków. Przysiądziemy w mikroskopijnych knajpkach serwujących drinki od rana. Zmachamy się i upocimy, wspinając po niekończących się schodach, górach i pagórkach.

A od Santy Teresy już tylko rzut beretem do głośnej i wiecznie pijanej Lapy – dzielnicy, która nigdy nie zasypia, za to wiecznie tańczy sambę. To tam imprezują zarówno miejscowi cariocas, jak i przyjezdni. Tam też kryje się artystyczna perełka, jedna z głównych atrakcji tej części miasta. Schody Escadaria Selarón – imponujące kolorowe dzieło zmarłego w 2013 roku artysty – pochodzącego z Chile Jorge Selaróna. Geniusz czy też wizjoner – to on pokrył 250 ulicznych stopni barwnymi kafelkami. Dzieło życia, które rozpoczął samotnie, szybko zdobyło międzynarodową sławę i kolejne kafelki przywozili przyjaciele, podróżnicy, turyści.

Jeśli wejdziemy na szczyt schodów, możemy dotrzeć do konwentu św. Teresy, od którego wszystko się zaczęło. Prawdopodobnie będzie zamknięty – kolejny symbol dzielnicy, po którym zostało tylko wspomnienie. Szkoda.

Zobacz też: Salvador da Bahia – cała magia Brazylii

STTeresa_konwent.JPG

Bonde_3.JPG

SONY DSC

INFO

Kiedy: Najlepiej brazylijską zimą – od czerwca do września, wtedy temperatury oscylują ok. 22 stopni. Od grudnia do marca trwa lato, jest upalnie, ale i deszczowo. Oczywiście na ten okres przypada też brazylijski karnawał – z jednej strony dodatkowe przeżycia, z drugiej strony tłumy większe niż zwykle i dwukrotny wzrost cen. 

Wiza i waluta: Polscy turyści mogą przebywać w Brazylii bez wizy przez 90 dni. Walutą jest real brazylijski, którego wartość obecnie niemal zrównała się ze złotówką.

Dojazd: Najtańsze loty do Rio de Janeiro są zwykle z Europy Zachodniej – promocje miewają m.in. linie TAP i Lufthansa. Warto też sprawdzić połączenia z  São Paulo – stamtąd do Rio dostaniemy się lokalnymi liniami lotniczymi lub autobusem.

Transport: Pewnym i łatwym w obsłudze środkiem transportu w Rio de Janeiro jest metro – niestety do Santy Teresy nie dojeżdża. Pozostają busiki, moto taxi i kursujący w ograniczonym zakresie tramwaj. 

Nocleg: Santa Teresa to jedna z tańszych dzielnic Rio – możemy tu znaleźć nocleg za 8-12 dolarów za noc od osoby (poza okresem karnawału). Bardziej wymagającym polecam tzw. boutique hotele w odrestaurowanych pousadach. 

Jedzenie: W Rio i w Brazylii w ogóle polecam owoce morza i owoce prawdziwe, a także pyszne świeże soki sprzedawane za grosze na ulicy. Warto eksperymentować, ale jeśli kelner zapyta, czy potrawa ma być quente, lepiej się dwa razy zastanowić nad odpowiedzią… Chyba że lubimy naprawdę pikantne smaki.

Rozrywka: W Rio imprezy trwają przez cały tydzień i niemal przez całą dobę. Oprócz wspomnianej w tekście Lapy, warto wybrać się po prostu na plażę – Copacabane, Ipanemę, lub klimatyczną Plażę Wielorybników, gdzie niekiedy można posłuchac muzyki na żywo! 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s