A może by tak rzucić wszystko..?

A może by tak rzucić wszystko i wyjechać w świat. Wiecie, co jest najbardziej podniecającego w tym zdaniu? Marzenie. Wielkie, napompowane, wyśnione marzenie, które w każdej chwili możemy zmodyfikować stosownie do aktualnych kaprysów, problemów i upodobań.

Możemy je mamrotać pod nosem gdy wkurzy nas szef w korpo-pracy i gdy sfrustrowani stoimy w poniedziałkowym korku. Możemy je wykrzyczeć zdobywając górskie szlaki, powtarzamy je podczas wakacji w tropikach i odwiedzając rodzinkę na wsi. Przeglądając katalog Itaki, czytając Cejrowskiego i Fiedlera, buszując po blogach podróżniczych.

To marzenie jest elastyczne i za każdym razem, gdy jesteśmy w miejscu, które chwyta nas za serce, możemy sobie obiecać, że rzucimy wszystko i właśnie tam przeniesiemy swój dom, swoje życie i swój los.

Największa magia tego marzenia polega na tym, że prawdopodobnie nigdy go nie spełnimy, ale świadomość istnienia takiej furtki jest bardzo pokrzepiająca. Nie ma w tym nic złego. Wyjazd zagranicę (czy choćby w przysłowiowe Bieszczady) nie jest żadną złotą receptą na szczęście. Poza tym, żeby zrealizować ten plan trzeba by się w końcu zdecydować na destynację i to tak, by nie żałować wyboru. Choć tak naprawdę wcale nie chodzi o to, gdzie wyjedziemy, tylko o cudowne zachłyśnięcie się adrenaliną i pstro w głowie, gdy pakujemy walizki.

W moim przypadku idea wyjazdu dojrzewała powoli. Jeszcze w czasach nastoletnich były jakieś tam pomysły na studia w Szkocji – skończyło się na przeprowadzce do Warszawy, która zresztą też okazała się niesamowitą przygodą. I to chyba ona uświadomiła mi, że podniecają mnie zmiany. Potem były zachwyty znajomych wracających z Erasmusa, książki podróżnicze, studia dziennikarskie. W końcu ktoś gdzieś kiedyś napomknął o AIESEC, studenckiej organizacji wysyłającej młodych ludzi na międzynarodowe wymiany. Po prawdzie to chyba była skarga na aisecowców, jedna z wielu jakie miałam usłyszeć (a kilka potem sama sformułować). Ale to bez znaczenia. Ziarno padło na podatny grunt.

Potem była Ameryka Południowa. Skąd mi się ona wzięła w głowie, to jest dłuższa historia na inną okazję. A w międzyczasie pojawiła się niezła praca w zawodzie, w którą wkręcałam się z każdym tygodniem coraz bardziej. Z dobrymi ludźmi, blisko wytęsknionego świata podróżniczego. Codziennie miałam do czynienia z osobami robiącymi w życiu niesamowite rzeczy. Podziwiałam ich i im zazdrościłam.

A potem była decyzja: wyjazd w czerwcu przyszłego roku (czyli 2014). Potem było odłożenie decyzji w czasie (bo awans, bo praca coraz przyjemniejsza, bo wciąż niedokończona magisterka – typowe wymówki). Ostatecznym deadlinem okazał się koniec roku 2014. Rzuciłam tę fajną pracę, rozczarowałam uwielbianych szefów, wróciłam z Warszawy na stare śmieci, choć nie miałam jeszcze zaklepanej żadnej przyszłości. Proces szukania stażu przez AIESEC trwał dłużej niż przewidywałam, w upragnionym latynoskim świecie jakoś nie mogłam niczego znaleźć, więc zaczęłam rozważać inne kierunki (im bardziej odległe, tym lepiej). Nie dostałam świetnie zapowiadającej się pracy w Urugwaju, bo mój español jednak jeszcze nie jest na tym poziomie. Skompromitowałam się wysyłając żenujące filmiki autopromocyjne do Stanów i Australii. Wstawałam w środku nocy na rozmowy z Malezją i Filipinami, po których nie mogłam doczekać się odpowiedzi.

W międzyczasie starałam się organizować sobie życie. Urządziłam sylwestra. Spotykałam się z ludźmi. Skończyłam i obroniłam magisterkę. Wyjechałam w góry z przyjaciółmi. I właśnie wracając z Bukowiny Tatrzańskiej, podczas postoju na obiad w Krakowie dostałam TEGO maila. Pozytywną odpowiedź z Malezji. Z oferty, o której już prawie zapomniałam, bo interview był kilka tygodni temu, a przecież mieli dać znać w ciągu paru dni (taaaak, ciągle nie znałam wtedy jeszcze dobrze trybu pracy aisekowców). Wznieśliśmy z przyjaciółmi toast herbatą, ale ciągle jakoś tak jeszcze nieśmiało się cieszyłam. Nie byłam pewna, czy to już i czy na pewno. Czy mogę wycofać się z pozostałych rekrutacji? Czy nikt nic nie odwoła w ostatniej chwili?

Załatwiałam formalności i nadal nie wierzyłam. Euforia przyszła w chwili kupienia biletu „w jedną stronę”. Takie dodatkowe małe marzenie, które miałam w głowie od dawna. Mimo, że w jedną stronę się przecież nie opłaca. Ale to uczucie jest tego warte.

Kiedy wspominam te ostatnie tygodnie w zimowej Polsce, to widzę, że minęły jak szalony sen. Przygotowania, zakupy, pakowania. Wertowanie internetu, żeby czegokolwiek się o tej Malezji dowiedzieć  (polecam bloga Zuzy, który mnie wtedy bardzo podniósł na duchu), szukanie przewodników i rozmówek malajskich. Wybrane szczepienia, bo na wszystkie nie było czasu. Niekończące się spotkania pożegnalne i popijawy. A potem już tylko przelotne sceny. Niedomykająca się walizka na podłodze w sypialni. Przyjaciółka odwożąca mnie moim własnym samochodem na Polskiego Busa. I kierowca, który kręcił nosem na tę walizkę („na pewno waży więcej niż 20 kg” – miał rację, ważyła 34kg). Ostatnia noc spędzona u przyjaciółki (i ex-współlokatorki) w Warszawie, w „moim” starym mieszkaniu. Łzy na klatce schodowej. Droga na Okęcie bez kurtki (bo po co ją brać tam, w tropiki) i pożegnanie z kolejną przyjaciółką, która specjalnie przyjechała na lotnisko o świcie, przed pracą.

Pamiętam, że każdy był bardziej przejęty i zestresowany niż ja. Że nieskończenie wiele razy pytali mnie, czy się boję, a ja odpowiadałam że „tak, trochę”, co było nie do końca zgodne z prawdą. Nie czułam wtedy strachu, tylko podniecenie, że realizacja postanowień jest możliwa.

Podjarana byłam jeszcze podczas przesiadki w Doha, z ciekawością obserwowałam obce, egzotyczne twarze i wysyłałam znajomym fotki z katarskiego lotniska. I chyba dopiero w tym ostatnim samolocie do Kuala Lumpur, poczułam czyste przerażenie. Siedziałam jak sparaliżowana, nie byłam w stanie podczas lotu oglądać filmu ani czytać książki. Wymieniłam kilka zdań ze współpasażerem – pierwszym Malezyjczykiem jakiego miałam okazję poznać. Pocieszałam się, że jest sympatyczny i na pewno wszyscy w tym kraju tacy będą.

Strach, zagubienie, niepewność – te uczucia miały mi towarzyszyć przez pierwsze kilka tygodni w Malezji. Nigdy nie były dominujące, od początku mieszały się z ciekawością, zachwytem, upartym optymizmem i z czasem zanikały coraz bardziej. Nigdy nikomu o tym nie powiedziałam. Przyjaciołom i rodzinie wysyłałam same hurra-pozytywne relacje. Nie chciałam ich martwić, ale przede wszystkim chodziło o siłę autosugestii. Zrobiłam sobie mocne postanowienie, że ten wyjazd będzie wspaniałą przygodą i będę się dobrze bawić. I tego się trzymałam.

Czy warto rzucić wszystko i wyjechać? Jeśli spytamy ludzi, którzy to zrobili, prawie zawsze odpowiedzą, że tak. Chyba dlatego, że tylko określony typ osób naprawdę podejmuje takie decyzje – są to niepoprawni optymiści, którzy zawsze cieszą się z tego, co im życie przynosi. Odpowiedź jest taka sama, jak na pytanie, czy warto realizować marzenia. Tak, ale tylko wtedy, jeśli akceptujemy, że rzeczywistość będzie wyglądać zupełnie inaczej niż sobie wyobrażamy. I jeśli nauczymy się czerpać radochę z samego faktu podejmowania odważnych, lekko szalonych decyzji.

15

Reklamy

9 uwag do wpisu “A może by tak rzucić wszystko..?

  1. Wzruszyłam się ponownie. Pamiętam te chwile na klatce schodowej, przy skrzynkach na listy chwilę przed tym jak wsiadłaś do taksówki i odleciałaś do innej rzeczywistości.
    Cieszę się ogromnie, że podjęłaś taką decyzję i realizujesz się w tym co robisz.
    Jak już wielokrotnie mówiłam podziwiam tak odważnych ludzi, którzy konsekwentnie dążą do celu.
    Trzeba podejmować ryzyko, aby w przyszłości niczego nie żałować. W końcu lepiej coś zrobić i żałować, niż żałować, że się tego nie zrobiło 🙂

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s